- Bo nigdy się nie poddajesz. Ja też nie. Jeżeli chodzi o

poleci do przodu? Jednak po chwili usłyszała kroki Ripa schodzącego
zasłonić własnym ciałem i zabić każdego, kto próbowałby ją
Odnalezionych ofiar nie patroszono po barbarzyńsku: organy
rytmu? - parsknęła, a potem nagle roześmiała się histerycznie.
Były to stare baraki, w których kiedyś mężczyźni cięli drewno na kłody, obrabiali je, a potem dzielili na cztery części. To było dawno temu. Potem wyrąb przesunął się dalej na wzgórza, a przy starym tartaku został pusty, wyschnięty rów. Zmierzała właśnie do tego płaskiego jak patelnia i szerokiego na pół kilometra dołu po stawie wykopanym kiedyś przez ludzi. Koń będzie mógł galopować po płaskiej powierzchni, a ona nie będzie się bała, że wdepnie w krecią dziurę albo potknie się o gałąź leżącą w suchej trawie. - Dalej! - Cassidy ścisnęła Remmingtona kolanami. Koń przeszedł w galop. Cassidy brakowało tchu. Wiatr szumiał jej w uszach. Tętent kopyt ogiera niósł się niczym echo bicia jej serca. - Dobrze. - Koń pędził po dnie starego stawu. Wzdłuż brzegu biegł porośnięty trawą rów, przez który do pustego stawu przedostawała się rwąca woda. Cassidy pociągnęła za wodze i złapała oddech. Remmington zawrócił. Wrzasnęła co sił w płucach, żeby go pogonić. Źrebak ruszył z kopyta, dudniąc po twardym dnie. Odżyła. Zmrużyła oczy i patrzyła na pola ozłocone blaskiem księżyca. Łzy zamgliły jej wzrok. Miała jedynie świadomość tego, że siedzi na potężnym zwierzęciu. Wszystko inne przestało istnieć. Czuła napięte mięśnie konia. Galopował pod wiatr, coraz szybciej i szybciej. - Wio, wio, ty diable! - Ziemia pod nimi płynęła. Serce waliło jej jak młotem. Czuła spoconą skórę konia pod nogami. Oddychał z trudem. W końcu przy brzegu stawu kazała mu zwolnić i pozwoliła iść przy porośniętej chwastami wydmie. Zatrzymała się przy podupadłych barakach. - Dobry koń. - Poklepała go po mokrym karku. - Jesteś najlepszy. - Zeskoczyła na ziemię. Kępki ostu i trawy połaskotały ją w stopy, ale prawie tego nie poczuła. Remmington parsknął i zarżał. Zarzucił łbem i wodze wypadły jej z dłoni. Zabolało ją ramię. - Hej, stój. Prrr. - Zignorowała przeszywający ból i zrobiła krok, żeby chwycić wodze. Remmington zarżał triumfalnie i zawrócił. Nie zdążyła. - Hej, Remmington! - Koń wyskoczył do przodu i ruszył z kopyta. Zniknął w zarośniętym rowie. - A niech to wszyscy diabli! - krzyknęła zdenerwowana Cassidy. Kopnęła ziemię znoszonym adidasem. Pięknie. Ma za swoje. Pewnie nie uda jej się znaleźć konia w środku nocy. Ranczo miało tysiące hektarów, i chociaż każda część była oddzielona płotem, Remmington mógł spacerować po sąsiednim polu albo wzgórzu, porośniętym gęsto dębami i krzakami. W biały dzień trudno byłoby go znaleźć. O świcie, kiedy Mac będzie robił obchód i zobaczy, że nie ma Remmingtona, zrobi się piekło. Cassidy wzdrygnęła się na samą myśl o tym. Jeżeli wróci niepostrzeżenie do domu, to za ucieczkę konia obwinia Briga. Miałby poważne kłopoty. I dobrze mu tak. Za to, że pozwolił się Angie... wodzić za nos. Zaklęła pod nosem. Wiedziała, że nie może tego zrobić. Straciłby pracę, a to nie byłoby w porządku. Zimnej, mściwej części jej serca sprawiała przyjemność myśl, że on i Angie nie mogliby się spotykać tak łatwo jak teraz, kiedy Brig u nich pracuje. Nie mogła go jednak winić za swój głupi błąd. - Ty sukin... - Wydawało jej się, że usłyszała prychnięcie. Dostała gęsiej skórki. Zmrużyła oczy w ciemności, zastanawiając się, czym może się obronić. Czasami po wzgórzach łazili włóczędzy. Na noc, dwie zadowalali się schronieniem, jakie dawał stary tartak. Zaschło jej w gardle. - Szukasz czegoś? Niski głos Briga sprawił, że łomoczące serce Cassidy zaczęło bić jeszcze mocniej. Odwróciła się i zobaczyła, że stoi oparty o belkę podtrzymującą spadzisty dach ganku starej kuchni. - Co ty tutaj robisz? - To chyba ja powinienem cię o to zapytać. Odgarnęła włosy z twarzy. Próbowała zachować się z godnością. - Zachciało mi się wybrać na przejażdżkę. - I zrobiłaś to? - Tak! Skoro nikt nie chce mi pozwolić jeździć na moim koniu... - Bo nie umiesz nad nim zapanować. - Umiem! - Nie wydaje mi się. - Uśmiechnął się szeroko i zaświecił białymi zębami, doprowadzając ją do wściekłości. - Chyba go przestraszyłeś. - Wiedziała, że nie ma racji, ale się z nim droczyła, bo straciła panowanie nad upartym koniem. - Tak, rzeczywiście. - Brig ryknął śmiechem. Cassidy usłyszała brzęk uprzęży. Przez krótką chwilę pomyślała, że Remmington wrócił. Zobaczyła kasztanowego wałacha przywiązanego do słupka przy starej studni. - Skąd wiedziałeś, gdzie jestem? - Jechałem za tobą. - Co? - Jej serce waliło jak oszalałe. Brig odsunął się od słupa i podszedł do niej. - Należało ci się. Szpiegowałaś, Cass. - Jej imię zabrzmiało znajomo w jego ustach. Stanął tuż przed nią. Nagle poczuła się jak szczeniara. Potrząsnęła przecząco głową. - Nie szpiegowałam. - Szpiegowałaś. Zobaczyłaś mnie z Angie przy basenie i różne myśli przyszły ci do głowy.
Możemy porozmawiać z panią na osobności?
- Moje dziecko było jednym z tych porwanych.
usteczek wokół sutka, czuła, jak płynie mleko. Czuła cudowny,
chodzi mi już nawet o sprawiedliwość, chciałabym tylko zadać mu
351
to, że Milla tak dużo czasu poświęcała na wyjazdy A w tej sprawie

Jednak. Brian kochał jazdę po Meksyku. Był młody, miał
szefowa straciła głowę i o mało nie straciła życia.

znać - powiedziała, uśmiechając się.

jestem w ciąży. Na szczęście w zespole był ginekolog-położnik, więc
Głos zadrżał jej wyraźnie. Przełknęła ślinę.
główna organizatorka imprezy, poprosiła Millę i True o zajęcie miejsc

uzyskania pomocy od True, ale to było przed Diazem. Mimo swoich

Susanna bardzo starała się nie tracić kontaktu z Millą. A to było
- Włóż jakieś proste ciuchy, jeśli możesz. Knajpa, do której
nie łapała jakiegoś meksykańsko-hiszpańskiego idiomu.

pierwotny, ociekający bólem ryk, który narodził się gdzieś w głębi

to, co on bredzi... a ja bawię się jego kosztem. Kiedy wreszcie
Jak na komendę spojrzeli na nią obaj.
153